Przygotowaliśmy także dwa koncerty pt. „Wieczór kolęd” (program w załączeniu). Pierwszy raz zaśpiewaliśmy 14 stycznia o godz. 19.00. Koncert wypadł bardzo ładnie, ale wieczory sobotnie w karnawale ludzie spędzają raczej w inny sposób. Stąd też frekwencja była mała. Drugi koncert kolęd odbył się na Nowennie, zamiast kazania, w ważny dzień 1 lutego – w wigilię Matki Bożej Gromnicznej. Tym razem wysłuchało nas więcej osób i nawet z zainteresowaniem.
6 stycznia w dzień Trzech Króli – piątek, zabawiliśmy się na wspólnym Opłatku ogólnochóralnym. Gośćmi zaproszonymi byli ponadto, chociaż po cenach ogólnie przyjętych, członkowie Orkiestry Kameralnej, zespół młodzieżowy naszej parafii, wszyscy księża i cała obsługa parafialna. Uroczystość tę w tym roku zorganizowaliśmy w remizie Ochotniczej Straży Pożarnej w Grębocinie. Jedzenia różne załatwiono różnymi sposobami w różnych miejscach, jednak dobrze znanych Zarządowi.
O godz. 19.00 orkiestra tam działająca, której nota bene kierownikiem jest organista (prawdopodobnie chórmistrz) z parafii Rubinkowo I – zaczęła pracować. Prezes wszystkich czule przywitał, życząc przyjemnej zabawy i w ogóle radosnych dni w Nowym 1989 roku. No i zaczęło się; nogi poszły w ruch, szklanki w górę. Bawiono się bardzo radośnie, każdy z osobna i wszyscy razem. Montowano dziwne węże i różne kręcące się kółeczka i w kółeczkach.
Około godz. 22.00 chór otrząsnął się z „naleciałości” (mężów, żon i innych osób towarzyszących) i zebrał się w jednym z rogów sali i nawet zaśpiewaliśmy kilka kolęd. Przed naszym koncertem nasz ks. Proboszcz powiedział do wszystkich parę ciepłych słów i rozpoczęliśmy dzielić się każdy z każdym opłatkiem. Płynęły strumienie gorących, serdecznych i miejmy nadzieję szczerych życzeń, zakończone zazwyczaj ciepłą i nie tylko, czasem słodką buźką.
Po tych szczególnych łamaniach i cmokaniach, wszyscy, kto tylko mógł jeszcze być na sali pełen sił i nie tak bardzo zmęczony, bawił się dalej. Zabawa trwała aż do późnych godzin nocnych, albo wczesnych godzin rannych. Powroty do domów w rzeczywistości były proste, tylko w domysłach niektórych złożone.
Po okresie Świąt Bożego Narodzenia przygotowywaliśmy pieśni wielkanocne. Do nowych, które po raz pierwszy wykonaliśmy w tym roku należą: „Dziś Chrystus Król”, „Alleluja żyje Pan”, „Wysławiajmy Chrysta Pana” doszły i inne. W święta Wielkanocne, które przypadły w tym roku stosunkowo szybko, tj. 26 i 27 marca. Śpiewaliśmy w pierwszy dzień o 6.00 rano na Rezurekcji i II dzień na sumie o godz. 11.00.
Dodatkową atrakcją tegorocznego okresu wielkanocnego były „Mistrzostwa Świata” poświecone pieśni o tematyce zmartwychwstaniowej. Ten Przegląd Chórów Kościelnych odbył się 30. 04. 89 o godz. 14.00 w Parafii Przenajświętszego Ciała i Krwi Pańskiej w Toruniu – Rubinkowo II – Polska.
Uczestniczyły w nim jak co roku chóry różnych parafii i tak: Chór św. Cecylii z Chełmży, Chór Parafii św. Józefa Toruń-Bielany, Chór z Parafii Matki Boskiej Zwycięskiej z Torunia z ul. Podgórnej, Chór Akademicki z Fordonu i nasz chór św. Maksymiliana Toruń.
Przybył na tę uroczystość tradycyjnie już ks. prof. dr Edward Hinz, prowadząc chóry połączone, które zaśpiewały 3 pieśni: „O sacrum convivium”, „Gaude Mater Polonia”, „Laudate Dominum”. W przeglądzie indywidualnym każdy z chórów śpiewał 3 utwory, myśmy zaśpiewali: „Wysławiajmy Chrysta Pana”, „Alleluja żyje Pan”, „Dziś Chrystus Król”. Ks. profesor po wysłuchaniu nas w rozmowie z ks. Zbyszkiem powiedział, że „to nie ten sam chór”. Bardzo dobrze tez śpiewały chóry z Fordonu i tradycyjnie z Chełmży.
Po tych występach zaśpiewaliśmy jeszcze na Mszy św. o godz. 18.00 w podzięce ks Prob. Mirosławowi Owczarkowi za świetne zorganizowanie „Mistrzostw”. Każdy chór był częstowany herbatą i świetnymi kanapkami. Nas ks. proboszcz podjął wyjątkowo kawą, wspaniałymi ciastkami i innymi dobrymi rzeczami.
4 maja – Wniebowstąpienie Pańskie – śpiewaliśmy w Kaszczorku na Mszy św. o godz. 17.45. Był to piękny majowy wieczór, szczególnie tam w Dolinie Wisły, pośród czystej zieleni zagajników i świeżych traw nadwiślańskich łąk. Kościół nieduży z kamienia, właściwie pierwszy nasz parafialny, bo przed powstaniem parafii św. Maksymiliana całe Rubinkowo należało do tej właśnie parafii. Zaśpiewaliśmy tam utwory wielkanocne i w duecie zaśpiewali Zbyszek Stoliński z basów i dyrygent Henryk Klimczak „Ave Maria”.
Boże Ciało obchodziliśmy w tym roku 25 maja. Procesja rozpoczęła się o 9.00, przy drugim ołtarzu odprawiono Mszę św. koncelebrowaną pod przewodnictwem ks. dr. Zięby z Pelplina, który wygłosił także kazanie. Śpiewaliśmy przy każdym z ołtarzy i na Mszy św. Szczególnie żałośnie zaśpiewały soprany przy III ołtarzu. „Pewien człowiek” wypadł wyjątkowo smutno. Jednakże nawet najlepszym artystom się zdarza jakaś wpadka, a co dopiero naszym sopranom.
W ciepłe letnie wieczory ćwiczyliśmy aż do kresów cierpliwości „Kantatę o Ojcu Kolbe”. Naprawdę ciężko szło, bo rzeczywiście bardzo trudny utwór i co niektórzy twierdzili, że jeżeli nam to kiedykolwiek wyjdzie to wyrośnie im gdzieś tam „kaktusik”. Czas pokaże co komu i gdzie wyrośnie a nasi „święci po prostu szli i nie tylko Wisły brzegiem” ale także do naszej pamięci muzycznej.
Jakiegoś wieczoru, bliżej nawet nie znanemu kronikom historycznym, dwaj panowie zaczęli marzyć o największym dniu ich życia. Dla ścisłości historii byli to nasz dyrygent Henryk Klimczak i Mirosław Lasek. Wydumali wtedy, że dobrze byłoby i przyjemnie jechać z całym chórem, bagatela, do Lwowa. Ich plan był prosty: tam napisać list i oni już na nas czekają. List został napisany, ale odpowiedzi żadnej. Postanowiono jechać osobiście, ale początkowo brakowało chętnych. Wreszcie w wigilię św. Jana, czyli w noc świętojańską wyruszyła delegacja w składzie: prezes, prezesowa i (…) Mirosław Lasek. Pojechano nie samochodem a maluchem prezesa, jak na upalne dni i tysiące kilometrów do przejechania, nie jest to najlepszy środek lokomocji.
Wyjechano 23 czerwca około godz. 17.00, zatrzymując się w Ćmielowie na nocleg u rodziców Mirosława Laska. W następnym dniu, tj. sobotę, 24 czerwca przekroczono granicę w Medyce bez większych problemów i późnym już wieczorem grupa wysłanniczka znalazła się we Lwowie. W niedziele spotkano się w katedrze łacińskiej z ks. Rektorem i przedstawicielami Towarzystwa Kultury Polskiej Okręgu Lwowskiego. Dokonano ustaleń formalnych na przyjazd naszego chóru w terminie późniejszym, tzn. przedstawiono możliwości realizacji – dla niektórych osób najważniejszego dnia ich życia.
Procedura prawna nie jest jednak tak prosta jak życie tego wymaga. Chcąc być we Lwowie nie mając formalnego zaproszenia, trzeba koniecznie także być na Węgrzech. W godzinach popołudniowych wsiedliśmy do już trochę zmęczonego Malucha i przez wspaniałe Karpaty, podziwiając cudowne widoki, autostradą, która się tylko tak nazywa na mapie, omijając krowy i inne przeszkody, udaliśmy się w stronę Czopu, czyli przejścia radziecko-węgierskiego. Po przebyciu rzeki Cis i „komfortowym” noclegu w Fiacie 126p powrót coraz bardziej sfatygowanym pojazdem ponownie przez Czop, Karpaty, Stryj do Lwowa.
Po noclegu u miłych znajomych i naprawie samochodu, powrót do kraju. Samochód w stanie ciężkim dowiózł nas do domu. Uczestnicy wrócili jednak pełni wspaniałych wrażeń, niezapomnianych wspólnie przeżytych tam chwil, spotkań z ciekawymi ludźmi. Powrócono po prawie tygodniowej wyprawie ze środy na czwartek w nocy 29 czerwca 1989 roku.
Lipiec był dla wielu członków naszego chóru miesiącem wolnym od prób. Jednakże dla Zarządu i pana dyrygenta miesiąc przygotowań pod kątem wyjazdu do Lwowa. Ustalono repertuar, dyrygent przygotował nuty, prezesowa z prezesem zaczęli załatwiać formalności związane z poszukiwaniem taniej firmy, która by nas tam zawiozła. Po wielu rozmowach doszli do Studenckiego Biura Podróży „Almatur”. Termin i ostateczna cena jeszcze bliżej nieznane.
Pierwsza próba po letniej przerwie odbyła się 3 sierpnia w czwartek. Zaczęliśmy uczyc się nowych patriotycznych pieśni „Orły, sokoły”, „Jeszcze Polska nie zginęła” („Marsz, marsz Polonia”), „Pod borem dziewczyna stała” no i oczywiście „Święci też idą” i to tak będą szli przez cały sierpień.
We wrześniu „Almatur” określił dokładnie termin naszego wyjazdu do Lwowa, wyjeżdżamy 30 września o godz. 16.00, powrót 6 października. Ogólny koszt od osoby 113 tys. zł. bez wymiany. Pieniądze zaczęła składać p. Krystyna z altów.
30 września godz. 16.00 autokar podjechał pod kościół, 41 osób zajęło miejsca łącznie z dwoma kierowcami i panią pilot. Dzień był typowo jesienny, padał deszcz, jednak wszyscy pełni nadziei, uśmiechnięci wyruszali jako chór św. Maksymiliana w pierwsze tournee zagraniczne. Przed nami setki kilometrów i długa noc jazdy. Autokar ruszył, ks. Zbyszek rozpoczął modlitwę o błogosławieństwo dla podróżnych. Później przy wspólnym śpiewie i innych uciechach upływała nam droga.
Krótko przed Łodzią ks. Zbyszek rozpoczął różaniec z rozważaniami każdej dziesiątki. Po odmówieniu różańca i śpiewie wielu pieśni religijnych, wystąpiły osoby, które podzieliły się z nami wspomnieniami ze Lwowa. Jako pierwsza wystąpiła pani Irena Bondarowicz, która opowiadała o swoim trudnym losie prowadzącym ją przez stepy Kazachstanu, łagry sowieckie, o stracie najbliższych, którym przyszło najprawdopodobniej zginąć w Katyniu.
Drugą osobą był p. H. Klimczak, który urodził się w okolicach Mościsk w przedwojennym województwie lwowskim. Po północy nawet najwytrwalsi zaczęli drzemać, tylko z tyłu czasem dało się słyszeć niski bas „dziadostwo śpi” – był to głos niezmordowanego Zbyszka Stolińskiego.
W okolicach Sandomierza nasz ciepły i przytulny „Ikarus” zaczął objawiać dziwne dolegliwości: czkawka, jaka go ogarnęła, nie pozwoliła osiągać większej prędkości jak 30 km/godz. Zatrzymano się i dzięki fachowości pana Alego Januszewskiego po pewnym czasie uporano się z jakimś „góralem” i pojechaliśmy całą naprzód dalej. Na granicę w Medyce przybyliśmy we wczesnych godzinach rannych, stanęliśmy w kolejce jako piąty autokar. Kto bardzo potrzebował, szukał krzaczka, ale naprawdę takich tam prawie nie było mężczyźni jakoś sobie radzili, biedne jednak nasze panie.
Atmosfera podniecenia narastała z każdym metrem zbliżania się do odprawy celnej. Szczególnie nerwowo zaczęły zachowywać się osoby, które w swych bagażach miały nieco więcej np. „filutków”, których nie dadzą rady „przerobić” tam za granicą. Podniecenie rozładowywał niestrudzony Zbyszek Stoliński określając radzieckich celników jako „dziadostwo, gulajstwo, banditen” i przyrzekał im, że i tak tu w niedługim czasie wrócimy, ale na koniach.
Pod budynkiem celnym kazano nam zabrać nam co kto ma z autokaru i udać się do wnętrza. Na widok tłumów nam podobnych czekających na odprawę można się było załamać, były ich rzeczywiście „miliony” i co najgorsze, każdy przy odprawie musiał wyjąć wszystko na wierzch i pokazać co ma. Zaczęto wtedy dzielić wszystko po równi każdemu, tak że np. pani Irence Bondarowicz założono 3 swetry dosłownej maści i nakładziono pełne kieszenie „filutków”. Z innych z kolei (PKP) pobożność aż kapała, tyle mieli na sobie srebrnych łańcuszków i medalików. I tak szczerze to tylko tu – wg. zasady Zbyszka Stolińskiego – na koniach przyjechać, tylko czy by uciągnęły.
Nasza pani pilot jednak stanęła wyżej niż urosła. Przedstawiła „starszinie” od celników jakich to artystów przewozi i jak bardzo na nich czekają we Lwowie, że rozkaz padł „brać, co kto może i kogo może i do autobusu”. I tak się stało, każdy szedł jak burza z „filutkami”, łańcuszkami, medalikami, starymi aparatami fotograficznymi i innymi torbami. Zależało nam bardzo aby zdążyć na 13.00 do katedry na Mszę św., jednak przekraczało to możliwości naszego „Ikarusa” i wspaniałych kierowców.
Dojechaliśmy do Lwowa – centrum po 13.00, uzgodniliśmy z ks. proboszczem że będziemy śpiewać na Mszy św. wieczornej o godz. 19.00. Po wielu komplikacjach z hotelem i pilotem radzieckim, około 16.00 zakwaterowano nas w hotelu „Sputnik”; jak na wschodnie warunki hotel miły, pokoje 2-osobowe i pełne radości.
Wszyscy zmęczeni maksymalnie wpadliśmy w ostatniej chwili na chór i zaczęliśmy śpiewać. Ks. Zbyszek w asyście księży miejscowych odprawiał Mszę św., a także wygłosił okolicznościowe kazanie i aż go język swędział aby powiedzieć wszystko i do końca. My zaczęliśmy śpiew od „Bogurodzicy” na wejście, jeszcze tchu nam brakowało i oczy się zamykały po ostatniej ciężkiej dobie, a świadomość bycia w samej katedrze lwowskiej, gdzie przed 333 laty nasz król, Jan Kazimierz składał śluby w imieniu narodu polskiego, ożywiła nas i dodawała sił.
Na ofiarowanie śpiewaliśmy „Niech z ręki twojej kapłanie”, na komunię „Pójdźmy do Pana” i solo Zbyszka „Błogosław Matko naszej polskiej ziemi”. Szczególnie ten ostatni utwór w swych słowach: „Błogosław Matko naszej polskiej ziemi, tej przebogatej w nieszczęścia i łzy…” – pasował do miejsca i czasu. Wielu wiernych z przejęciem przyjęło tę pieśń i zresztą wiele innych, nie kryjąc łez.
Na zakończenie zaśpiewaliśmy (…) hymn polski „Gaude Mater Polonia”. Mimo ogromnego zmęczenia, braku snu, czuliśmy się szczęśliwi, że naprawdę przyjeżdżając tu jesteśmy potrzebni tym ludziom, że nasza pieśnią dajemy im ten promyk radości Bożej na ich ciężkie i smutne życie dnia codziennego.
Około 21.00 powróciliśmy do hotelu, zjedliśmy kolację i później kładliśmy się spać w poczuciu, że nie zmarnowaliśmy tak pięknie rozpoczętego wieczoru.
Drugi dzień (2 października 1989 r.) zaczął się nieprzyjemnie, bo trzeba było opuścić ciepłe łóżeczka i to według czasu moskiewskiego. Wstaliśmy o 7.00, a u normalnych ludzi to dopiero 5.00 rano. Zjedliśmy śniadanie i o 9.00 wyjechaliśmy popatrzeć na Lwów z okien autokaru. W centrum wymieniliśmy talony 50-rublowe na żywą gotówkę. Ucieszyło to nas wszystkich, bo bez pieniędzy nic nie można kupić, a dzień był wyjątkowo zimny i mokry… Jedna z pań naszej grupy – pani Rybarczyk miała kłopoty z wymianą, ponieważ w dwóch miejscach się podpisała i na każdym inaczej. Zdenerwowała się, że tych rubli nie chcą jej wypłacić, bo na pewno też zmarzła, a jako lekarz wie najlepiej, co należy zażyć aby w organizmie wyrównać utratę ciepłoty. Przez zapłakane okna autokaru obejrzeliśmy stary nasz Lwów, zaniedbany, brudny, z dziurawymi ulicami, szary pod sowiecką okupacją.
Po obiedzie przyszedł czas na „interesa” natury handlowej, no i okazało się, jakich mamy wspaniałych fachowców od handlu zagranicznego. Specjalizacja pełna: jedni wybitni byli w sprzedaży mydła, inni kawy marki „Inka”, jeszcze inni cieni do powiek.
O godz. 19.00 na Mszy św. ponownie śpiewaliśmy w katedrze lwowskiej. Rozpoczęliśmy na wejście od „Gaude Mater Polonia”, na ofiarowanie „Niech z ręki twojej kapłanie”, na komunię „O sacrum convivium”. Po Mszy św. odprawiono różaniec, poktórym daliśmy około 30-minutowy koncert pieśni maryjnych: „Gdy klęczę przed Tobą”, „Jako róża”, „Jasnogórska można Pani”, „Wiele jest serc”. W międzyczasie nasz pan dyrygent, pan H. Klimczak wykonał „fugę” Jana S. Bacha. Po dwóch godzinach powróciliśmy do hotelu, także i tym razem miło obchodząc cały długi jeszcze wieczór.
3 października był także i trzecim dniem naszego pobytu we Lwowie. Największym przeżyciem tego dnia, a dla wielu całego pobytu we Lwowie było uczestnictwo chóru i śpiew na Mszy św. o godz. 9.00 w kościele św. Antoniego. Weszliśmy na kilka minut prze rozpoczęciem Mszy św. Tamtejszy ks. proboszcz – jezuita, proboszcz także w Samborze, słuchał spowiedzi. Ks. Zbyszek poszedł do zakrystii, my weszliśmy krętymi schodkami na mały chór. Za organami siedział ociemniały pan organista, opodal stała strudzona „systemem” kobieta, była to jego żona. Z radością ustąpił miejsca panu Henrykowi, ciesząc się nami wszystkimi.
Na początek zaśpiewaliśmy „Bogurodzicę”, na ofiarowanie „Niech z ręki twojej kapłanie”, na komunię „Pójdźmy do Pana” i „O sacrum convivium”. Po komunii św. pan Henryk i pan Mirosław Lasek pojechali w okolice Mościsk szukać skarbu, który to podobno w latach dziecięcych zakopał nasz dyrygent. Po Mszy św. ks. Zbyszek odprawił różaniec, my zaśpiewaliśmy pod dyrekcją Zbyszka Stolińskiego „Jako róża” i na zakończenie „Gaude Mater Polonia”.
Po zakończeniu i zejściu na dół mieliśmy możliwość spotkania się z wiernymi tej parafii. Wielu z nich dziękowało nam za przybycie do nich, za piękny śpiew. Dawaliśmy tym ludziom, co mieliśmy pod ręką, zdejmując medaliki z szyi, oddając swoje różańce. Dziękowali nam, usiłując całować po rękach, dziękowali za coś, co dla nich było najwyższym skarbem, za coś, co po otrzymaniu już nic większego osiągnąć nie można. Twarze tych ludzi, ich wielka wiara pozostały w nas gdzieś głęboko i chyba do końca naszych dni nie ulegną zatarciu. I to było dla nas największym podziękowaniem za nasze trudy pielgrzymki lwowskiej.
Ks. proboszcz na ręce ks. Zbyszka, prezesowej i prezesa przekazał dla całego chóru 2 szampany i ½ kg kawy, uczynił nam tym wielką radość. Jedna z pań tej parafii przekazała za pośrednictwem ks. Zbyszka list do J. E. ks. kardynała Józefa Glempa. Inni przekazywali listy do swoich krewnych i bliskich w Polsce. Nawet, gdy nasz autokar ruszył, stali, żegnając nas smutkiem w oczach, kiwając rękami.
Z kościoła św. Antoniego udaliśmy się na cmentarz Łyczakowski. Pod wrażeniami jeszcze przeżyć i spotkań z niezapomnianymi ludźmi znaleźliśmy się pośród tych, którzy odeszli, a dla których imię Polska było rzeczą świętą. Wędrowaliśmy po pagórkach, alejkami pośród zadumanych drzew oklejonych szatą jesieni. Pokłoniliśmy się kwaterze rycerzy polskich, powstańców listopadowych, powstańców styczniowych, zatrzymując się na dłużej przy grobach Orląt Polskich. Leżą tu obrońcy Lwowa z roku 1918, którzy oddali swe życie w walce ze wschodnimi najeźdźcami. Ściska się serce, a palce zwierają się w pięść widząc zdewastowane groby naszych bohaterów narodowych. Widać w tym rękę komunistycznej dyktatury.
O świetności Lwowa, a także o wyglądzie tego miejsca w szczegółach opowiedziała nam pani Pawlak, uczestniczka naszej pielgrzymki, która tu spędziła swoją młodość. Na zakończenie zaśpiewaliśmy „Jeszcze Polska nie zginęła” („Marsz, marsz Polonia”) oddając hołd wszystkim wielkim Polakom, którym na tym cmentarzu przyszło oczekiwać na zmartwychwstanie. Przeszliśmy jeszcze do grobu słynnego malarza Artura Grottgera a także twórczyni „Roty”, Marii Konopnickiej.
O 13.00 powróciliśmy na obiad do hotelu, na którym prezes zaprosił wszystkich do wspólnie zajmowanego pokoju ze Zbyszkiem Stolińskim na wieczór przy kawie i lampce szampana. Cały poobiedni czas każdy mógł spędzić według własnego uznania. No i ruszyła wiara aby zdobyć 7-etażnyj UNIWERMAG czy też balszoj OKEAN.
Po kolacji, jak już wspomniano, cały chór i osoby towarzyszące zebrał się na wspólny wieczór, który upłynął pod hasłem „Tylko we Lwowie”. Po jakimś czasie przybyli także nasi poszukiwacze skarbów, najpierw poopowiadali nam jak to tam im dobrze było, ile i co każdy z nich zjadł, a następnie ogłosili, że jutrzejszy dzień może być dla nas najpiękniejszym dniem naszego życia. Skontaktowano się z Towarzystwem Kultury Polskiej Okręgu Lwowskiego, które to zaprasza nasz chór jutro na godz. 18.00 w ich siedzibie. Zaapelowano do nas, aby to potraktować poważnie, nawet gdybyśmy nie zdążyli zjeść kolacji, oni zapowiadają, że gotowi są nas czymś podjąć, mało tego; mają dla nas jakieś upominki. Każdy z nas przyjął to z nieukrywaną nawet radością, umówiliśmy się o próbie przed tak ważnym występem i z weselem przystąpiliśmy do dalszych punktów tak mile rozpoczętego wieczoru.
Następny dzień, 4 października, po śniadaniu część z nas na godz. 10.00 udała się na Mszę św. do katedry. Ks. Zbyszek odprawiał wraz z innymi księżmi, my już nieoficjalnie uczestniczyliśmy z wiernymi. Dalsze dwie godziny upłynęły pod znakiem swobody poruszania się, aż do próby przed wieczornym koncertem. Próba odbyła się na terenie hotelu, nasz pan dyrygent bardzo zdenerwowany, swoje zachowanie przenosił na cały chór. Dla pewności jednak kolację zjedliśmy i na określoną godzinę znaleźliśmy się w siedzibie zapraszającego nas Towarzystwa, która mieści się w centrum Lwowa w szkole polskiej.
Najpierw oficjalne powitanie, w imieniu chóru wystąpił prezes, opowiedział historię chóru, przedstawił księdza opiekuna, dyrygenta, co i gdzie robimy, dziękując jednocześnie za zaproszenie. Później wystąpił chór Towarzystwa, przed kilkoma miesiącami utworzony, który przedstawił kilka utworów w opracowaniu jednogłosowym. m.in. „Tylko we Lwowie”. Koncert naszego chóru składał się właściwie z dwóch części. W pierwszej części wykonaliśmy utwory religijne, w drugiej kilka pieśni świeckich.
Na początek zaśpiewaliśmy „Bogurodzicę”, następnie kilka pieśni maryjnych („Jako róża”, „Gdy klęczę przed Tobą”, „Jasnogórska można Pani” i inne). Zbyszek Stoliński zaśpiewał „Błogosław Matko naszej polskiej ziemi”. Pieśń tę przyjęto, podobnie jak w katedrze, z wielkim wzruszeniem. Drugą część rozpoczęliśmy od „Gaude Mater Polonia”, później w kolejności „O sacrum convivium”, „Orły, sokoły”, „Pod borem sosna stojała”, „Maciek” i na zakończenie „Jeszcze Polska nie zginęła”. po zakończonym koncercie który trwał ok. 1,5 godziny wręczono każdemu z nas znaczek z pomnikiem A. Mickiewicza z napisem Lwiw.
Powróciliśmy do hotelu zmęczeni, spragnieni, ale z nadzieją, że wieczór i ostatnią noc, zresztą zgodnie z panującą tu tradycją spędzimy miło i radośnie. i tak też było. Ostatni dzień upłynął już pod znakiem powrotu do kraju. Przed południem pakowaliśmy się i ze smutkiem trzeba było się żegnać. Zjedliśmy obiad i około g. 14.00 tamtejszego czasu wyruszyliśmy w stronę granicy.
Zaraz po powrocie ze Lwowa próby z orkiestrą kantaty „Ojciec Kolbe”. Trochę nerwowe sytuacje, jednakże 12 października 1989 r. o godz. 18.00 przybył ks. bp ordynariusz Marian Przykucki dokonując poświęcenia naszego nowego kościoła. Odprawił Mszę św. w koncelebrze okolicznych proboszczów i innych purpuratów. Chór nasz ustawiono po lewej stronie kościoła, przed nami orkiestra smyczkowa i trąby, pośrodku na ambonce dyrygent – pan H. Klimczak.
Na rozpoczęcie Mszy św. wykonaliśmy przygotowaną na tę okoliczność kantatę „Ojciec Kolbe” czyli „Idą święci”. Partie solowe wykonali: Małgorzata Trzpil – sopran i Wincenty Kwaśniok – tenor. Utwór ten trwał około 25 minut i jak dotychczas był najbardziej ambitnym dziełem, jakie nasz chór miał zaszczyt w swojej historii przedstawić. Należy stwierdzić, że został wykonany na odpowiednim poziomie, niektórzy odbiorcy twierdzili, że ściągnięto śpiewaków z innych chórów, bo nasz sam nie byłby w stanie takiego poważnego utworu wykonać. Jednak wszyscy wiemy, że był to tylko nasz chór.
Minęły dni radości, wielkich przeżyć i przystąpić należało do codziennej normalności. 14 października 1989 roku w godzinach wieczornych ks. Zbyszek podziękował p. H. Klimczakowi za dotychczasowy wkład pracy i dalszą pracę. Chór wrócił do sytuacji sprzed niespełna 2 lat. W następny dzień, niedzielę o godz. 10.00 pan Klimczak dyrygował po raz ostatni chórem św. Maksymiliana i rozpoczął działalność wywiadowczo-propagandową.
Od 19 października (czwartek) rozpoczęliśmy z udziałem naszego chóru przygotowania wielkiego „music show” z rozmachem na skalę Hollywood, czyli Jasełek. Rozpisano konkurs na wykonawców; tłumy największych gwiazd pchały się drzwiami i oknami. Głowny reżyser tego niezwykłego przedsięwzięcia kulturalnego nasz pan Wincenty Kwaśniok dokonał sprawnej selekcji i rozpoczęto mozolne próby.
Po pierwszej próbie już tych wykonawców zrobiło się mniej, a jeszcze mniej po następnych. Reżyserowi pozostał tylko stary, łysy z brodą Lirnik, którego rolę grał Prezes – Bernard Czajkowski, grupa Heroda i Józef z Chełmży (Bogdan Życki – w późniejszej karierze scenicznej będzie połykał szpilki). Ale walki trwały do końca o pasterzy, o ich kije, o pół metra materiału do scenografii. Toczono te boje, szczególnie te materialne (…) , ale to nie koniec na tym. Największe walki wręcz trzeba było stoczyć z panem Michałem (kościelny) a nade wszystko z panem Zacharkiem (szefem skrytek, komórek i innych tajemnych plebańskich zakamarków).
Premiera odbyła się 7 stycznia 1990 r. w niedzielę o g. 17.00. Oceniono, że nie było źle, a nawet dobrze. Chór śpiewał pod dyrekcją i przy akompaniamencie pana Mariana Grocholewskiego, scenografię wykonał i opracował pan Jerzy Grocholewski. Należy podkreślić, że siostra tych dwóch panów to nasza pani wiceprezes Małgorzata, a mamusia całej trójki śpiewa w naszych altach. Jasełka te przedstawiono jeszcze pięciokrotnie, nagrywając nawet ostatnie z nich na taśmę video (do wglądu u pani wiceprezes). Należy stwierdzić, że był to wielki wysiłek znacznej grupy osób. Występowało w tych jasełkach ponad 50 osób nie licząc chóru.
W międzyczasie śpiewaliśmy (…) 2 listopada o godz 18.00 I i II część „Kantaty o św. Maksymilianie” czyli powtórzyliśmy w obszernych fragmentach „brzeg naszych świętych” i „Ave Maria” H. Klimczaka.
Każdego 13 miesiąca bierzemy udział we Mszy św. o nie wypełnienie się przepowiedni fatimskich. Dyryguje nami nasz Guliaja (Zbyszek Stoliński) a łapie przy tym takie „szneki” że nawet kazanie dialogowe ks. Zbyszka nas nie uspokaja.
22 listopada – tradycyjne święto Św. Cecylii czyli chórów kościelnych. W tym roku (1989) Mszę św. w naszej intencji odprawił ks. Zbyszek i krótko do nas przemówił ks. Wojtek. Dyrygował w/w Guliaja, tym razem jednak z powagą na swoim obliczu, ale do czasu; na pokojach w części nieoficjalnej stracił oblicze, ale zachowując umiarkowanie, co nie wszystkim się zdarza.
2 grudnia śpiewaliśmy na Mszy św. w intencji rządu Pana premiera Mazowieckiego, kończąc hymnem „Marsz, marsz Polonia”, a że to były „ostatki”, co niektórzy wykorzystali ostatnie momenty przed nadchodzącym już adwentem…
Kolędy śpiewaliśmy począwszy od I Święta Bożego Narodzenia aż do końca tego okresu, tj. do 28. 01. 1990 r., kończąc „Lulajże Jezuniu” – chcąc jakoby życzyć „Bożej Dziecinie” spokoju aż do następnego roku.
Sylwester tego roku połączyliśmy z tradycyjnym już u nas „Opłatkiem”. ten ostatni dzień roku i pierwsze chwile nowego 1990 roku przywitaliśmy razem, organizując się wspólnie w salkach katechetycznych na piętrze. Co kto miał to przyniósł, adapter grał, chociaż bardzo na tym ucierpiał. Największym powodzeniem cieszyły się płyty z tzw. „Archiwum polskiego beatu” – chyba zrozumiałe, bo my też trochę archiwalni, bitni i bici. Taniec trwał do rana, a niektórzy tak intensywnie to robili, że na własnych nogach do domu wrócić nie mogli.